Od dwóch dni słyszę chór polityków, komentatorów i dziennikarzy, którzy od czci i wiary odsądzają Jarosława Kaczyńskiego za poniedziałkową wypowiedź. Przypomnijmy, że prezes Kaczyński stwierdził wówczas, że nie rozpoznał ciała brata po przywiezieniu go do Polski. „Nie ukrywam, że o ile rozpoznałem ciało mojego śp. brata na lotnisku w Smoleńsku, i tu nie miałem wątpliwości, podałem zresztą charakterystyczne cechy i one zostały potwierdzone – bliznę na ręce po ciężkim złamaniu – o tyle, kiedy już widziałem ciało przywiezione do Polski w trumnie, to go nie rozpoznałem. Tutaj to był człowiek, który w ogóle nie przypominał mojego brata. Mówiono mi, że to on” – powiedział prezes PiS na konferencji prasowej. I…ruszyły strusie po betonie. Jeden z autorytetów SLD, o którym „czerwoni bracia” mówią „Ten Co Ziemię Namiętnie Całuje” już takie dyrdymały opowiada, że gdyby posiadał odrobinę wstydu, to niechybnie doszłoby do jakiegoś gwałtownego samozapłonu. Gdyby miał…

Bo zastanówmy się co powiedział prezes Kaczyński. Ano to, że w Smoleńsku rozpoznał zwłoki brata, a w Polsce już nie. Rozpoznał, choć jeden z fragmentów ciała nie należał (opieram się na doniesieniach prasowych) do Głowy Państwa, no chyba, że ś.p. Prezydent Kaczyński był generałem. O ile mi wiadomo nie był. Tymczasem w Polsce już nie rozpoznał, choć przecież nie zakwestionował, że na Wawelu spoczywają Lech i Maria Kaczyńscy.

Pozwólcie państwo, że posłużę się pewną historią zasłyszaną od jednej z zacnych gdyńskich rodzin. Otóż we wrześniu 1939 Jakub Lademan został zmobilizowany do armii polskiej. Zginął na polach Kosakowa tj. miejscowości leżącej niedaleko Gdyni. O tym fakcie dowiedziała się rodzina poległego, którą powiadomili koledzy zabitego żołnierza. Żona, (już ś.p.) p. Anastazja Lademan, będąc w zaawansowanej ciąży z najmłodszym dzieckiem, wraz z siostrą Jakuba poszły na pobojowisko szukać męża i brata. Pobojowisko było jeszcze nie sprzątnięte, a zwłoki polskich żołnierzy leżały tam, gdzie ich spotkała Pani Śmierć. Nie rozpoznały Jakuba, choć miał on zginąć w sposób, który pozwalał na identyfikację. Opowiadam tę historię, bo zdaję się, iż różni ludzie plotą trzy po trzy, co im ślina na język przyniesie, byleby dołożyć znienawidzonym kaczystom. Dzień bez ataku na Kaczyńskiego jest dniem ewidentnie straconym – napisał jeden z internautów. Trudno się nie zgodzić.  

Prezes Kaczyński musi uważać na to co mówi, bo takie niedomówienia dostarczają jedynie amunicję naszym adwersarzom. Chociaż z drugiej strony nawet, gdyby zamilkł – co praktycznie miało miejsce w czasie kampanii prezydenckiej – to i tak nasi oponenci zastanawialiby się, cóż to za „myślozbrodnia” kołacze się w głowie lidera PiS.

Z każdego kąta żałość człowieka ujmuje.