Relacje polsko-rosyjskie znajdują się w głębokim kryzysie, ale nie jest to wynikiem wojny ukraińsko-rosyjskiej (bo z nią mamy w istocie do czynienia), w której to Polska zdecydowanie  opowiedziała się po stronie Kijowa. Zarzewie konfliktu znajduje się gdzie indziej. Od kiedy Polska wybiła się na niepodległość, tj. od 1989 r. nasze interesy znajdują się na kursie kolizyjnym z Moskwą. Warszawa chce być podmiotem politycznym na arenie międzynarodowej, a Kreml traktuje nas jak „bliską zagranicę”, w myśl powiedzenia: „Kura nie ptica, Polsza nie zagranica”. Na każdą próbę wypracowania jakiejś naszej pozycji, autonomicznego stanowiska, Rosja reaguje rozdrażnieniem i wyraźną irytacją. Albo będziemy potulni i spolegliwi, a wówczas żadne embargo nie zostanie wprowadzone, albo (jeżeli już obowiązuje) zostanie zniesione. Przekaz jest czytelny, jeżeli będziemy – jak mówi młodzież – się sadzić, to wówczas Rosja da nam do zrozumienia, gdzie raki zimują, czyli gdzie jest nasze miejsce. Nie mam wątpliwości, że brak Polski w negocjacjach berlińskich, jest wynikiem zdecydowanego żądania Kremla o wykluczeniu nas z tych rozmów. Rosja może i chcieć, ale dlaczego te żądania znalazły zrozumienie w Berlinie i Francji? Uważam, że dzisiaj Francja i Niemcy, które mają rozliczne interesy z Rosją, chcą „sprzedać” wschodnią Ukrainę Putinowi. Wyrok już zapadł. Tak więc może i nawet dobrze, że nas w tym układzie – w którym dogadują się łotry – nie ma. W oczach Ukraińców zachowamy twarz.