Należę do krytyków rządu Donalda Tuska i absolutnie nie odpowiada mi styl (a właściwie jego brak) sprawowania urzędu przez prezydenta Komorowskiego. Muszę jednak przyznać, że ściągnięcie do Warszawy prezydenta USA było dyplomatycznym sukcesem. Jakie będą skutki tej wizyty, czas pokaże, bo nawet deklarowane 1 mld dolarów wsparcia jest jeszcze obietnicą patykiem na wodzie pisaną. Powtórzę raz jeszcze, iż realnym wsparciem dla Polski byłyby bazy sił NATO na naszym terenie, ale niewiele wskazuje, że Sojusz jest gotowy do takiego kroku. Faktem jest, że Krem został rozdrażniony tą wizytą i słowami, które padły w Warszawie, bo tak odczytuję ironię rosyjskich mediów. Pragnę jednak przypomnieć, bo ludzka pamięć bywa zawodna, że amerykańska polityka resetu wobec Kremla, którą stosował również rząd Donalda Tuska, kompletnie zawiodła. To nie kto inny jak śp. Lech Kaczyński i PiS przestrzegali, że jest to droga donikąd, że Rosja nie jest państwem demokratycznym i zawsze – gdy ma w tym interes – stosuje argument siły. Kiedy my to mówiliśmy, nazywano nas oszołomami zaślepionymi antyrosyjską fobią. Dzisiaj rząd musi „mówić Kaczyńskim”… Na uroczystościach zabrakło mi „Solidarności”, ale sądzę iż było to dobrze przemyślany i skalkulowany krok ze strony obozu rządzącego. Tej przepaści już nie da się zasypać. Jeżeli wrogość rządzących wobec „S” była dotychczas dobrze maskowana, to teraz rząd wymierzył „S” siarczysty policzek.