Obywatel dla państwa czy państwo dla obywatela? Oczywiście, że każdy rozsądny odpowie, że to państwo ma służyć swoim chlebodawcom, a więc podatnikom, ergo – właśnie obywatelom. Przyjrzyjmy się owej „służbie” na dwóch przykładach, z którymi ostatnio się zapoznałam. Mój znajomy mieszkający na pomorskiej wsi chce obiekt gospodarczy przekwalifikować na dom. Wysłał do gminy stosowny wniosek ze wszystkimi wymaganymi dokumentami. Wykonywał te czynności pod okiem architekta, a więc osoby kompetentnej, by właśnie żadne „wilcze doły” go nie zaskoczyły. Po jakimś czasie otrzymał od gminy (dokument był podpisany przez panią gminną geodetę) żądanie dostarczenia pozwolenia na budowę wydanego przez starostę 8 lat temu. I nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby mój znajomy nie odszukał tego dokumentu, a w nim – jak byk – stoi, że ów dokument został gminie również dostarczony i to…w dwa miejsca: do wójta oraz wydziału finansowego tejże gminy. Tak więc pani geodeta mogłaby przejść się do pokoju obok albo nawet zapytać pani Lusi z naprzeciwka czy takiego dokumentu nie ma gdzieś pod ręką, ale pani geodeta woli wykonać cały szereg (jakże) ważnych czynności, które niosą za sobą również konsekwencje finansowe. Proszę zwrócić uwagę: geodeta musi sporządzić odpowiedź, a więc poświęcić czas, za który płaci podatnik, a następnie musi pismo wysłać pocztą, co również sponsoruje…tak oczywiście, że podatnik. Mnogość takich czynności pomnożona przez liczbę gmin, daje nam ogromną ilość czasu i pieniędzy, które można byłoby spożytkować w inny, bardziej efektywny sposób. Nie wykluczam nawet, że pani gminna geodeta ma jakąś podstawę prawną np. rozporządzenie GOŃ/KRÓLIKA/LUSIA/CZESIA/WAŻNE lub inną bardziej skomplikowaną sygnaturę, które nakłada na nią taki obowiązek, ale czy na tym polega służebna rola administracji względem swego dobrodzieja – obywatela!?

Inny mój znajomy zechciał zaprosić do siebie obywatela Ukrainy. Wypełnił stosowny druk i wysłał do wydziału paszportowego Urzędu Wojewódzkiego. Po jakimś czasie dostał pismo, że musi uzupełnić dwie rubryki: nazwisko rodowe zapraszanego mężczyzny oraz telefon kontaktowy. Chciał nie chciał wysłał syna (ze stosownym pełnomocnictwem), by żądaniom urzędu stało się zadość. Na miejscu dowiedział się, że i tak będzie musiał pofatygować się raz jeszcze, bo dołączone do wniosku załączniki (kopie dokumentów) nie posiadają waloru aktualności. Dlaczego tej informacji nie zawarto w piśmie wzywającym do usunięcia braków, tak by za jedną wizytą można było sprawę definitywnie zamknąć? Nie wiem! Może jest jakieś nieformalne porozumienie między UW a lokalnymi stacjami benzynowymi polegające na tym, że urząd otrzymuje jakąś prowizję (albo paczki od zająca) od „pustego” ruchu pojazdów, które wożą w tam i z powrotem obywateli „umordowanych” – oczywiście zgodnie z prawem, a jakże – przez urzędników?

Po przeanalizowaniu tych dwóch spraw naszła mnie taka oto myśl. Ponieważ operujemy na poziomie zdefiniowanego absurdu, to czy nie byłoby wskazane, gdybyśmy przydzielali potrzebującym obywatelom tzw. asystentów urzędowych, oczywiście zatrudnionych na koszt państwa. Wówczas pani gminna geodeta zawracałaby się stosownym pismem do asystenta, a nie do podatnika. I ów asystent już by tam sobie biegał, załatwiał, dostarczał. W tym czasie obywatel pracowałby i zarabiał na podatki, a tak przy okazji na swoje (banalna potrzeba) utrzymanie. Już ręce zacierają aktywiści Platformy Obywatelskiej oraz działacze lokalnych układów, bo oto polityk opozycji wzywa do zatrudnienia kolejnych 100-200 tys. urzędników, ale tłumaczę – operujemy na poziomie absurdu, który rządzący codziennie definiują i każą obywatelom brać udział w tych wszystkich chocholich tańcach.

Bodajże w lutym tego roku doszło do spotkania Obywatelskiego Forum Legislacji. Z przeprowadzonych badań, a omawianych na tym potkaniu wynika, że system polityczny w Polsce można określić mianem „autopoietycznego”, czyli „samowytwarzającego się”. W takim systemie czynniki zewnętrzne nie mają wpływu na działanie tego systemu. Mówiąc krótko – w Polsce obywatele „nie mają nic do powiedzenia”. Albo inaczej – nawet jeśli mają coś do powiedzenia, to raczej nikt ich nie będzie słuchał.

Czas to zmienić i pognać PO w – przysłowiowe – diabły. Jeżeli tego nie zrobimy, to za 10 lat język polski będzie drugim językiem urzędowym w Wielkiej Brytanii.