Niemiecki sąd oddał Polce dziecko, które wcześniej zabrał Jugendamt, organizacja która powstała w czasach III Rzeszy, by „opiekować” się dziećmi. Jak owa „opieka” wyglądała w praktyce widziałam wielokrotnie, bo zrozpaczeni rodzice szukali oparcia w państwie polskim, którego obywatelami byli. Z przykrością stwierdzam, że w czasach koalicji PO/PSL państwo polskie absolutnie nie zdało egzaminu uznając, że jest to wewnętrzna sprawa Niemiec, a nasze placówki dyplomatyczne – mówią krótko i obrazowo – chowały głowę w piasek, byleby tylko nic nie robić. Dochodziło do takich kuriozalnych sytuacji, że gdy rodzic uciekał z dzieckiem do Polski, nasz wymiar (nie)sprawiedliwości (w ścisłej współpracy z niemiecką policją) szukał uciekinierów, by natychmiast ich deportować do Niemiec! Chcę wyraźnie podkreślić, że każda taka sprawa posiada swoje cechy indywidualne i nie chcę generalizować, że w każdej sytuacji obywatel Polski miał rację. Jednak generalną zasadą państwa polskiego była natychmiastowa kapitulacja na rzecz zagranicznego partnera, bo przecież nie tylko z Niemcami występowały tego rodzaju problemy. Obraz uległ diametralnej zmianie po przejęciu sterów rządu przez PiS. Minister Ziobro jasno i wyraźnie oświadczył, że obywatele polscy nie tylko, że mogą oczekiwać, ale muszą mieć wsparcie i pomoc w swoim państwie. Zapewne wśród polityków PO/PSL dochodzi teraz do jakiegoś szoku poznawczego, bo przecież przez siedem lat na czele gabinetu stał premier Donald „Nic Nie Mogę” Tusk. A tu proszę bardzo – można! Architektem zmian jest min. Ziobro, którego obecna opozycja najchętniej utopiłaby w łyżce wody. Tymczasem min. Ziobro nie tyle, że w tej łyżce wody nie chce się utopić, to jeszcze świetnie pływa. Jeżeli dodamy to tego inicjatywę ścigania za kłamstwo oświęcimskie, to rysuje nam się taki oto obraz, iż Polska nie odpuszcza, że będzie broniła swoich interesów. Piszę te słowa z dużą satysfakcją, bo przez osiem lat rządów PO/PSL zajmowałam się tą problematyką. I oczywiście problem leżał np. po stronie niemieckiej, gdzie zabrano dziecko polskim rodzicom, czy posłużono się kłamstwem oświęcimskim, ale (właściwie) każdorazowo „otrzymywałam nóż w plecy” ze strony…polskiej! Zawsze znajdował się u nas jakiś „pożyteczny idiota”, który „rozumnie” tłumaczył racje strony przeciwnej. Wielokrotnie zastanawiałam się czy fakt posługiwania się językiem polskim (nawet płynnie), czy też posiadania obywatelstwa polskiego jest wystarczającym argumentem na to, by nazwać kogoś Polakiem, w sytuacji kiedy ów „Polak” każdorazowo pluł pod wiatr. Piszę te słowa mając w pamięci relacje z pewnej rozmowy kilku polityków, na którym to omawiano relacje polsko-niemieckie. Otóż problemem nie było Powiernictwo Pruskie czy też tzw. Związek Wypędzonych, ale…Powiernictwo Polskie, na czele którego wówczas stałam. Początkowo nie mogłam w to uwierzyć, ale ciąg zdarzeń pokazał, że ta rozmowa faktycznie mogła mieć miejsce. Przykład? Kiedy jechałam do Niemiec na proces z Eriką Steinbach odmówiono mi paszportu dyplomatycznego. Mogłam być w każdym momencie zatrzymana, przesłuchana i aresztowana. To polityk PO zadecydował, że nie będę chroniona paszportem dyplomatycznym. Zapewne sądził, że się przestraszę i nie pojadę. Pojechałam.
Dzisiaj wysyłamy czytelne sygnał nie tylko do polskich obywateli rozsianych po cały świecie, ale i do obcych rządów – BĘDZIEMY BRONILI NASZYCH OBYWATELI, gdziekolwiek są.