Ostatnio odwiedził mnie znajomy z dalekiej Kandy. Dla potrzeb tego felietonu nazwijmy go – Eryk. Eryk jest rodowitym Kanadyjczykiem, nie jest Polakiem mieszkającym w Kanadzie, nie jest również potomkiem Polaków, którzy kiedyś przyjechali do tego pięknego kraju. Czynie te  uwagi już na wstępie, by zaznaczyć, że nie łączą go z Polską żadne bliższe więzy, a wydarzenia polityczne interesują go tyle, co nas (przynajmniej większość) aktualne problemy Aborygenów. Eryk jest emerytowanym geodetą, więc sroce spod ogona nie wypadał, wie gdzie północ, a gdzie południe i jak stronę świata – bez kompasu – wytyczyć.   Eryk rozumie związek przyczynowo – skutkowy, wie skąd się biorą dzieci.  Tyle tytułem wstępu.

Rozmawialiśmy o wydarzeniach w Polsce, a konkretnie o tzw. aferze podsłuchowej. Słuchał uważnie, a w miarę upływu czasu oczy nabierały u niego kształtu pięciozłotówek. Najczęściej powtarzanymi przez niego słowami były: „naprawdę!” oraz „niemożliwe!”.

Próbowałam mu wytłumaczyć co się stało, ale – przyznaję szczerze – w końcu poległam. Jak wytłumaczyć człowiekowi z dalekiego kraju, że najważniejsi politycy w państwie zostali nagrani przez…nie, nie przez obce służby, ale przez grupę kelnerów? Co powiedział Eryk? „Niemożliwe” – kręcił z niedowierzaniem głową. Kiedy mu powiedziałam, że podsłuchany został m.in. minister spraw wewnętrznych, który z racji ustawowych obowiązków ma chronić państwo właśnie przed takimi sytuacjami, odrzekł – patrząc ze zdziwieniem po zebranych, jakby szukając wśród nich potwierdzenia, że żartuję – „naprawdę”?! Kiedy mu powiedziałam, że ów minister odszedł z rządu, ale w nagrodę został zatrudniony w think tanku wspierającym partię rządzącą i jest zapraszany do stacji telewizyjnych, jako ekspert od spraw wszelkich, odrzekł: „naprawdę” oraz zaraz po tym „niemożliwe”. Kiedy mu powiedziałam, że w niektórych sondażach opinii publicznej PO (czyli partia nierządu) ma niebotyczne poparcie – zaczął się śmiać na całego. Już był pewny, że robię sobie z niego żarty w żywe oczy. Widząc moją poważną minę na przemian zaczął powtarzać: „naprawdę” i „niemożliwe”.

Kiedy analizuję aferę podsłuchową zastanawiam się, czy jakimś dobrodziejstwem nie byłby jednak udział  służb obcych, które posługują się „innym alfabetem”, jak to określił „król” Europy („za nas, za naszego ukochanego…Najważniejszego przywódcę, oby żył wiecznie” – prawa autorskie Radosław Sikorski) – Donald Tusk. Przecież świadomość, że mikrofonów i kamer nastawiali kelnerzy (a tym samym wystawili do wiatru cały system  bezpieczeństwa) naraża na śmieszność nie tylko tych, którzy obecnie rządzą, ale i całe państwo polskie, które przecież funkcjonuje, niezależnie od tego, kto w danym momencie dzierży ster rządów. Przegrać z obcą służbą, to porażka, ale przegrać z kelnerami, to się nadaje do Monty Pythona.

Nie pozostaje mi nic innego, jak przychylić się  ku opinii wyrażonej przez ministra Sienkiewicza (w czasie podsłuchiwanych rozmów), że państwo polskie istnieje tylko teoretycznie. Te wszystkie buńczuczne zapowiedzi PO, że jesteśmy „silni, zwarci i gotowi” można między bajki włożyć. Przypomina się „król” Europy jak jeszcze pacholęciem był (trochę już wyrośniętym), kiedy to wystąpił w „Szansie na sukces” programie Wojciech Manna. Pamiętacie państwo? Wybrał – a jakże – taśmę profesjonalną. Wyszło, jak wyszło.  Kto nie słuchał proponuję poszukać na YouTube. PO cechuje megalomania, bardzo wysokie mniemanie o sobie i własnych możliwościach.  A później wychodzi, jak wychodzi, czyli słuchać tylko głuchy może.

Jak jednak człowiekowi z dalekiego kraju wytłumaczyć, że ta ekipa nadal rządzi Polską? Nie sposób. Robi te swoje duże zdziwione oczy, kręci głową z niedowierzaniem i uważa, że jest nagrywany w ukrytej kamerze, a jutro zobaczy się w telewizji, w kolejnym durnym programie „Wkręceni”.  A my musimy żyć ze świadomością, że to nie jest żaden program satyryczny, a nasza codzienna rzeczywistość.