Z prognoz Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że populacja Polski zmniejszy się o 3 miliony osób jeszcze do 2035 roku. W tym samym czasie wzrośnie liczba emerytów i rencistów. Jak zapobiec katastrofie? Nie ma innego wyjścia – musimy otworzyć się na uchodźców. Jednak charakter tego zjawiska musi przybrać zupełnie inny kształt, niż ten, który przyjęła zachodnia Europa. Polityka „otwartych drzwi” właśnie bankrutuje na naszych oczach. Kolejne kraje UE zamykają się na imigrantów, a kryzys spowodowany przez Angelę Merkel wstrząsa podwalinami całej Unii. Nie chcę być złym prorokiem, ale to nie koniec problemów, które ściągnęła na całą Unię niemiecka kanclerz. Co możemy (musimy) zrobić? Otóż Ośrodek Badań nad Migracjami w oparciu o prognozy Biura Statystycznego Komisji Europejskiej alarmuje, że w 2060 roku liczba Polaków w wieku 80 lat stanowić będzie 3 mln. Z 31 mln żyjących wtedy Polaków jedynie nieco ponad połowa będzie pracować, a 11 milionów będzie miała więcej niż 65 lat. Z badań SGH wynika, że będziemy potrzebowali napływu rzędu 140 tysięcy imigrantów rocznie, by uniknąć poważnego kryzysu. Fundacja Energia dla Europy przekonuje z kolei, że przed brakiem rąk do pracy w 2060 roku uratuje polską gospodarkę tylko 5 milionów ludności napływowej!!! Już dzisiaj musimy – w pierwszej kolejności – pracować nad planem ściągnięcia do Polski wszystkich potomków Polaków, którzy zostali zesłani na „nieludzką ziemię”. Nie może być tak, by latami czekali, aż Polska podejmie decyzję – to po pierwsze. Po drugie – w konsultacji z samorządami należy przygotować im miejsce w Polsce. Tutaj nie powinno być z tym większych problemów, bo dla przykładu miasto Gdańsk, aż przebiera nogami, by przyjąć imigrantów z Afryki Północnej. Jak rozumiem w przypadku naszych rodaków ze wschodu, zaangażowanie włodarzy Gdańska będzie podwójne. Oprócz mieszkania ci ludzie będą potrzebowali pracy. I tutaj ważne są szerokie i bezpośrednie konsultacje z przedsiębiorcami. Najlepiej posłużyć się przykładem. W województwie pomorskim działa jedna z największych firm transportowo-spedycyjnych „Erontrans” (100 proc. polskiego kapitału). Od znajomego wiem, że „na pniu” są gotowi przyjąć kierowców posiadających uprawnienia do prowadzenia ciągników siodłowych. Tak więc drugi, niezwykle ważny element stabilizacji, byłby zrealizowany. Należy więc połączyć wszystkie te elementy i wypracować spójny i całościowy program repatriacyjny. Nasza pomoc powinna w pierwszej kolejności koncentrować się na Polakach. Później powinniśmy swoje zainteresowanie skierować na Ukrainę. Już teraz pracuje w Polsce około miliona obywateli tego kraju. Zdaniem prof. Gomułki: „Kryzys gospodarczy na Ukrainie prawdopodobnie potrwa jeszcze przez co najmniej 10 lat. Różnica w standardzie życia jest jeszcze na tyle duża, że powstaje sprzyjająca dla nas okoliczność. Powinniśmy to wykorzystać, bo w kolejnych 20, 25 latach może się ona zmniejszyć i obywatele Ukrainy już mogą nie chcieć do nas przyjeżdżać”. W pełni podzielam tę ocenę. W kręgu naszego zainteresowania pozostają także Białoruś oraz Rosja. Decydująca jest tutaj bliskość kulturowa, językowa oraz religijna. Jednak na nowo musimy przeorganizować naszą administrację. W ubiegłym roku jeden z moich znajomych sprowadził do Polski Ukraińca. Trudności jakie piętrzył przed nim pomorski urząd wojewódzki skutecznie go zniechęciły do ponowienia zaproszenia w tym roku. „Szkoda mojego czasu i nerwów, papierologia jest wszechobecna i paraliżująca” – mówi mój znajomy – Oni na wszystko mają przepis, a jeżeli do tego dodamy jeszcze złą wolę urzędnika, to mamy klasyczny sabotaż w krystalicznej postaci. Wszyscy wiemy po co oni do nas przyjeżdżają, ale odgrywamy wyuczone role jak z reklamy piwa bezalkoholowego. Puszczamy do widza oko. Czas to zmienić i powiedzieć otwartym tekstem do naszych wschodnich sąsiadów, o co nam chodzi. Nie chcemy was tylko jako pracowników sezonowych, ale popatrzcie na Rzeczpospolitą, jak na swoją przyszłą ojczyznę”. Prace nad tym programem musimy rozpocząć już dzisiaj, bo jutro może być już za późno. Natomiast jeżeli chodzi o uchodźców z Afryki, to powinniśmy złożyć ten problem na barkach tych, którzy go wywołali, zwłaszcza, że sami imigranci do nas przyjeżdżać nie chcą.