Czy relacje polsko-niemieckie po zwycięstwie PiS zmierzają we właściwym kierunku? Czytając prasę naszych zachodnich sąsiadów, a także niektóre polskie tytuły, można odnieść wrażenie, że zbliżamy się ku nieuniknionej katastrofie. Pominę prasę polską (jeżeli ona jest polską, bo wiele tytułów znajduje się w rękach właścicieli niemieckich), która toczy wojnę z PiS z powodów pragmatycznych czując instynktownie, że czas, w którym ze skarbu państwa płynął w ich kierunku strumień pieniędzy z reklam – zbliża się ku końcowi. Skupmy się na niemieckich tytułach. Zauważam powtórkę w lat 2005-2007. Polska jest ponownie oskarżana o nacjonalizm, totalitaryzm i demontaż demokracji. Skąd ten nagły „zwrot akcji”, skoro przez ostatnie osiem lat byliśmy ostoją wartości, które teraz są w Polsce rzekomo gwałcone? Moja diagnoza jest następująca: rządy PO/PSL prowadziły wobec Berlina politykę wasalną, całkowicie uległą, niesuwerenną. Nie było więc żadnego powodu, by niemieckie media atakowały Warszawę, bo i za co, skoro była to linia tożsama z polityką kreowaną przez Berlin. Po wyborach i zwycięstwie PiS sytuacja uległa radykalnej zmianie i…zaczęło się.
Dirk Birgel, redaktor naczelny dziennika „Dresdner Neueste Nachrichten” pisze: „Przeciera się oczy ze zdumienia, patrząc ostatnio na Polskę, w której od miesiąca rządzi narodowo-konserwatywna partia PiS. Od tego czasu nie ma dnia bez jakiejś antyeuropejskiej prowokacji. Już na pierwszej konferencji prasowej nowo wybranej premier flagę UE zastąpiono flagą polską, która, jak stwierdziła pani premier „jest ładniejsza”. Proszę zwrócić uwagę, że gdy zachodni politycy występują na tle swoich narodowych barw – nie ma żadnego problemu, ba gdy Donald Tusk również występował na tle biało-czerwonych, też nie grano żadnego larum! Dopiero konferencja prasowa Beaty Szydło wstrząsnęła niemieckimi dziennikarzami, a polityków PO zmusiła do przeprowadzenia kabaretowej akcji umieszczenia barw unijnych w poselskich ławach.
Niemieckie media oraz politycy zza Odry mają również nam za złe, że Polska niezbyt entuzjastycznie podchodzi do problemu imigrantów, a ściślej rzecz ujmując – ich przymusowej relokacji. Nasi zachodni sąsiedzi chcieliby się tym problemem podzilić z Polską. Już sam fakt, że przez Polskę przetacza się dyskusja nad celowością przyjęcia imigrantów, wywołuje w Berlinie wyraźne rozdrażnienie i irytację. Wszak za rządów Ewy Kopacz wszystko tak pięknie i sprawnie działało. Pięknie i sprawnie – po myśli Berlina.
„Sueddeutsche Zeitung” zarzucił Polsce „narodowy egoizm”, a szef MSW Niemiec Thomas de Maiziere i wicekanclerz Sigmar Gabriel zagrozili krajom odmawiającym przyjęcia uchodźców ograniczeniem funduszy. „To logiczne, że nie zapomnimy o tym, iż niektóre kraje pozostawiły będących w potrzebie przyjaciół samym sobie i że następnym razem ograniczymy naszą pomoc” – grożą nam Niemcy.
Tak więc jesteśmy świadkami powrotu do retoryki z lat 2005-2007, ale z jednym wyjątkiem. Wówczas byliśmy „bombardowani” zarówno przez media, polityków, jak i niemieckich internautów wypowiadających się na różnych forach. Tymczasem teraz ci ostatni nagle zmienili front! Coraz więcej przeciętnych Niemców chwali stanowisko Warszawy wobec problemu imigrantów. Skąd ta nagła zmiana stanowiska? No cóż, Niemcy na własnej skórze doświadczają klęski polityki Multikulti. Większość Niemców nie rozumie wielkiej polityki, ale słyszy eksplozje z Paryża i widzi, że macki terrorystów sięgają do ich ojczyzny. To jest namacalny fakt, którego nie mogą zanegować, choćby nie wiem jak byli „młotkowani” przez swoich polityków i media.
Dostrzegam tu ogromne zdanie dla polskiej polityki zagranicznej, by tłumaczyć przeciętnym Niemcom nasze stanowisko. Nie niemieckim politykom i mediom, a właśnie przeciętnym Niemcom. Wszak to oni wybierają sobie rząd.