Władysław Bartoszewski nie przestaje zaskakiwać obraźliwymi wypowiedziami. Były już pogardliwe słowa o „dyplomatołkach”, „bydle” – pod adresem wyborców Prawa i Sprawiedliwości, teraz w wywiadzie udzielonym niemieckiej gazecie „Die Welt” pan minister powiedział, że w czasie wojny bardziej bał się Polaków niż Niemców. To zdanie szokuje, tym bardziej że Bartoszewski – ikona Platformy Obywatelskiej – sprawuje funkcję państwową.

Nie tylko w czasie wojny, również w czasie pokoju powinniśmy piętnować i karać zdrajców, bo oczywiste jest, że wróg obleczony w mundur łatwy jest do identyfikacji, można podjąć z nim walkę, jakże często nierówną, ale jednak można stawić mu czoła. Zdrajca działa w naszych szeregach, jest jednym z nas, darzymy go braterskim zaufaniem, ale on tylko szuka sposobu, by obdarzyć nas pocałunkiem Judasza. Każde podziemie zawsze surowo karało zdrajców, rozumiejąc, jak śmiertelną stanowią oni groźbę. Jednak zestawienie „groźnych” Polaków i „łagodnych” Niemców, a tych ostatnich – jak twierdzi Władysław Bartoszewski – bał się mniej, budzi nasz sprzeciw. Dlaczego? Otóż od jakiegoś już czasu, szczególnie za naszą zachodnią granicą, można zaobserwować kreślenie takiego oto obrazu: najbardziej poszkodowanymi ofiarami II wojny światowej byli Żydzi oraz niemieccy wysiedleni. Niefortunna wypowiedź pana Bartoszewskiego wpisuje się w ten fałszywy obraz, niezależnie od tego, czy sam autor sobie tego życzył, czy też nie. Potrafię sobie wyobrazić, że jakiś kolejny Jan Tomasz Gross przy następnej publikacji np. pod tytułem „Złoto dla zuchwałych Lachów” postawi „odważną” tezę, że Polacy nie tyle przyczynili się do holokaustu, ile że byli nawet gorsi od Niemców i to oni w istocie zainspirowali Hitlera do planu ostatecznego rozwiązania! Dowód? Proszę bardzo. Oto, co powiedział wielce szanowany minister premiera Donalda Tuska. On, Polak, bał się bardziej… nie Niemców – bał się bardziej Polaków.

Osoba publiczna musi uważać na to, co mówi i w jakim kontekście mówi. Otóż niedawno wiceprzewodniczący tzw. Związku Wypędzonych powiedział, że to przecież Anglia i Francja wypowiedziały wojnę III Rzeszy. A więc – w domniemaniu – Niemcy w 1939 r. przyjęli postawę defensywną, a alianci okazali się skorymi do bójki awanturnikami. Czy ów jegomość nie miał racji? No, oczywiście miał. Od strony formalnej. Jednak bez całego kontekstu historycznego owo stwierdzenie jest – zwyczajnie – fałszywe. Jestem skłonna przyjąć, że minister Bartoszewski (przepraszam za kolokwializm) chlapnął , jak to ma w zwyczaju, ale – na Boga – niech to mówi w swoim imieniu, a nie jako minister rządu Rzeczypospolitej. Sam pan Bartoszewski nie widzi nic zdrożnego w tym, co powiedział, wszak korzysta z wolności słowa. I tu ma rację. Wolność słowa stosuje się zarówno do mądrych, jak i tych głupich wypowiedzi.

Jeden z moich znajomych powiedział, że Polska dorobiła się swojego barona Mźnchhausena. Gdyby był to świat baśni, to byśmy mieli urobek, czyli zysk, a tak mamy stratę.